OLBRZYM - powieść

Niedaleka przyszłość. Miliardy ludzi giną od śmiertelnego wirusa. Przy życiu zostaje tylko garstka. W Polsce wielu chroni się w Olbrzymie, podziemnej jednostce wojskowej i kompleksie badawczym zbudowanym na bazie odkrytych w 2027 r. komnatach i korytarzach Riese. Inni będą musieli żyć na Ziemi, która nie jest już we władaniu człowieka.

Na Ziemi człowiek nie poluje, ale jest obiektem polowania. Ucieka i kryje się przed degeneratami - tymi, którzy przeżyli atak wirusa, ale nie są już ludźmi, watahami psów i wilków oraz dronami obcej rasy, która nie pozwala używać tego, co od setek lat dawało człowiekowi przewagę nad naturą - technologii. Ziemia na nowo stała się dla ludzi wielka i tajemnicza.

Szybka akcja | nieszablonowi bohaterowie | ciekawy, dopracowany świat | ciężki, postapokaliptyczny klimat | oryginalne rozwiązania sci-fi | dla dojrzałych odbiorców |

FRAGMENT 1, ROZDZIAŁ 4:

Ledwie Gert schował się za stołem i do laboratorium wlała się fala degeneratów. Karabinki rzygnęły ogniem. Kamienne ściany zamieniały każdy wystrzał w eksplozję. Głowę Nawrockiego wypełnił pisk. Martwe, podziurawione ciała degeneratów padały na ziemię. Żywi pchali zabitych i rannych, ślizgali się na ich krwi, potykali się o ich ciała, a potem również padali od kul, ale za nimi byli następni, następni i następni. Nawrocki zmienił magazynek i przeszedł na krótkie serie.

Degeneraci kierowali się głównie na stanowisko WoMy. Byli coraz bliżej. Nagle bolec blokujący jedno ze skrzydeł drzwi laboratorium puścił. Wąskie gardło poszerzyło się dwukrotnie.

- Zbyt wielu - pomyślał Nawrocki.

Ponad głowami szturmującego tłumu przeleciały dwa granaty. Jeden odbił się od drzwi i wpadł na korytarz, a drugi zniknął pośród skłębionej ciżby wyjących ciał. Eksplodowały jednocześnie. Wybuch zrobił wyrwę w potoku degeneratów dając trochę więcej czasu na zabicie tych, którzy byli już w laboratorium.

Nagle dege przestali wbiegać do środka. Stali w korytarzu, ale nie atakowali. Powietrze trzęsło się od ochrypłych wrzasków, łomotu siekier, noży i pałek. Część wbiegła do sąsiedniego laboratorium. Słychać było brzęk bitego szkła i łomot przewracanych stołów.

Nawrocki patrzył otępiały na upiorny, ociekający krwią kopiec ludzkich ciał. Wielu z degeneratów jeszcze żyło i próbowało wyczołgać się spod trupów. Inni tylko wrzeszczeli z bólu. Żołnierze dobijali rannych pojedynczymi strzałami. Strumyki krwi płynęły we wszystkich kierunkach. Jasna natleniona krew wypychana z przerwanych tętnic mieszała się z ciemną, leniwie sączącą się z żył. Łączyły się w fale i meandrowały między porozrzucanymi na podłodze kontenerami, plastikowymi pojemnikami i kawałkami rozbitego szkła. Niektóre niosły ciemne, wciąż rosnące skrzepy krwi. Do nozdrzy Nawrockiego dotarł duszący fetor z rozerwanych kulami jelit. 

Wrzaski i tumult za ścianą potężniały, a jeden z głosów wznosił się nad pozostałe. Był niski i dźwięczny. Charczał rytmicznie jakby przemawiał do chorągwi przed ostatecznym natarciem. To był wtórniak.

Nawrocki oblizał wargi. Tak nie zdarzało się nigdy. Dege zawsze atakowali do ostatniego. Nie zatrzymywali się. Dlaczego teraz było inaczej?

Nagle ochrypły głos umilkł, a tłum ruszył. Był gęstszy i jeszcze bardziej rozjuszony niż za pierwszym razem. Fala ciał wlała się do laboratorium, ale kule nie były w stanie ich zatrzymać. Tylko kilkunastu pierwszych wbiegło bez osłony i zostało rozerwanych pociskami. Upadli na śliskie, pokryte galaretowatą krwią płytki podłogi. Następni nieśli przed sobą zaimprowizowane tarcze z mebli, monitorów, pudeł i komputerów z sąsiedniego laboratorium. Byli młodzi i sprawniejsi. Potykali się o ciała i ślizgali w kałużach krwi, ale wielu z nich dotarło do stanowisk ogniowych. Na Nawrockiego biegło dwóch niosąc przed sobą stół. Dwie serie Gelinka przebiły blat i zabiły atakujących, ale za nimi biegło czterech następnych. Zręcznie przeskoczyli martwych towarzyszy i rzucili się z siekierami na Nawrockiego wywracając kontenery i tłukąc laboratoryjny sprzęt.

Nagle zapadła ciemność. Gert przez ułamek sekundy myślał, że umarł. Chwilę potem ciemność przerwały błyski wystrzałów, pojawiły się snopy światła z latarek na hełmach.

- Generator - pomyślał. - Padł generator.

Źrenice Nawrockiego rozszerzyły się ułamek sekundy za późno, by uniknąć ciosu. Ostrze siekiery uderzyło w hełm, straciło impet i ześlizgnęło się na bark. Dege naparł na niego, przewrócił i przygniótł do śliskiej od krwi podłogi. Nawrocki cofnął karabin i rozszarpał mu brzuch krótką serią. Eksplodowały kolejne granaty. Gert zrzucił z siebie cuchnące ciało. Wyszarpnął z kabury pistolet i zastrzelił kolejnego napastnika. Wstał. Na piersi Gelinka siedział degenerat blokując mu ręce. Drugi unosił szpadel do ciosu. Nawrocki wpakował obu z bliska po kuli w kark i wyciągnął Czecha spod zwiotczałych ciał.

 - Na ziemię – dobiegł go ochrypły wrzask Junkera. - Rzucił się na podłogę. Huk eksplozji był jak kopnięcie w potylicę. Na plecy spadły fragmenty szkła, drewna i poskręcane skrawki metalu. Podniósł głowę zdezorientowany. Przed oczami miał oderwaną tuż za nadgarstkiem, bladą ludzką dłoń. Snopy światła z latarek omiatały ściany, z których ześlizgiwały się fragmenty skóry i strzępy mięsa. Fetor rozerwanych i parujących jelit degeneratów przyprawiał o mdłości. Nawrocki podniósł się chwiejnie na nogi. Gelinek opierał się obok o stół. Jego mundur był czerwony od krwi.

Nawrocki załadował ostatni magazynek i spojrzał w stronę drzwi. Żołnierze powyłazili ze stanowisk ogniowych i dobijali ogłuszonych degeneratów wijących się bezradnie wśród ludzkich strzępów. Strań wiązał opatrunek na ramieniu Koconia. Z rany na obojczyku pulsowała krew wypychana przez słabnące serce. Inżynier pocił się, stękał z bólu i ledwo trzymał się na nogach. Lewandowski rzucił kolejny granat. Odbił się od ściany i poleciał na korytarz. Gdy eksplodował Gerta zakłuły wszystkie zęby.

- Na korytarz - krzyknął Junker. - Wychodzimy stąd.

WoMa pobiegli pierwsi miażdżąc buciorami zmielone na miazgę ludzkie wnętrzności. Strań ciągnął rannego Koconia w stronę wyjścia. Gelinek kuśtykał, Nowak brnął przez ciała sztywny jak robot, ale wszyscy byli żywi. W uszy kłuła nienaturalna cisza przerywana jedynie pojedynczymi strzałami. WoMa i Lewandowski dobijali na korytarzu resztki z hordy atakujących degeneratów. 

- Ogień w drugim laboratorium - usłyszał w słuchawkach spokojny głos Junkera. - Na korytarz biegiem.

Na korytarzu Gert poczuł wyraźnie dym przebijający się przed mdlący odór rozerwanych żołądków i jelit. WoMa klęczeli wodząc promieniami latarek po stalowych drzwiach klatki schodowej. Junker i Lewandowski zabezpieczali tyły.

Nawrocki wrócił do laboratorium i pomógł Koconiowi przebrnąć przez plątaninę zakrwawionych ciał. Ranny ledwo powłóczył nogami. Gdy tylko znaleźli się znowu w korytarzu, usłyszeli zimny głos Junkera.

- Wyjmij głowochwyt.

- Nie, nie, nie… - wycharczał Kocoń, który nagle oprzytomniał. W oczach miał zwierzęcy strach. Nawrocki wypuścił go z rąk i mężczyzna osunął się na ziemię. - Ja sam… dojdę... Nie…

Wszyscy wiedzieli, że nie dojdzie.

Strań wygrzebał z plecaka głowochwyt, a Junker przyklęknął, odłożył karabin i pochylił się nad Koconiem. Ich hełmy stuknęły o siebie. Spocone twarze niemal się zetknęły.

Nawrocki nie usłyszał, co Junker powiedział, ale Kocoń gwałtownie kręcił głową i szlochał. Junker wziął podany przez Strania głowochwyt. Sprawdził kontrolki urządzenia i nasadził na głowę rannego.

Przez stalowe drzwi wartowni na korytarz wybiegło trzech degeneratów, których WoMa położyli krótkimi seriami. Po podłodze korytarza zaczął pełznąć ciemny, duszący dym.

- Pochyl tułów - krzyknął Junker, ale Kocoń go nie usłyszał, albo nie chciał słyszeć. Kolejni napastnicy wbiegali przez stalowe drzwi. Junker nacisnął guzik. Lampki głowochwytu gasły w sekundowych odstępach. Oddech Koconia przyspieszył, a wąska szybka głowochwytu zaparowała. Gdy ostatnia kontrolka przestała się palić ciało inżyniera znieruchomiało. Sierżant podał głowochwyt z uwięzioną w środku głową Straniowi. Serce jeszcze przez kilkanaście sekund wybijało z nieruchomego ciała Koconia coraz mniejsze fale ciemniejącej krwi.

FRAGMENT 2, ROZDZIAŁ 18:

- Uprząż spełnia cztery funkcje - powiedział. - Po pierwsze jest to uprząż wspinaczkowa. Mamy wsparcie na uda, pas i łącznik tak jak w każdej uprzęży. Na łączniku mamy wszyty, uniwersalny przyrząd asekuracyjny, a na pętlach obok dwa zwinięte repsznury i dwudziestometrowa linka zjazdowa. Ale to nie jest temat na dzisiaj. Zjazdów nauczycie się od Nawrockiego. Tak samo wspinaczki i używania drapaków. Drugą funkcją uprzęży jest utrzymanie karabinka w gotowości przy jednoczesnym uwolnieniu obu rąk. Mamy uchwyty na piersi, do wpięcia karabinka piersiowo i oraz uchwyt na plecach. Dodatkową funkcją jest ochrona przed pociskami. Pasy są szerokie i usztywnione na piersi. To grafiks, jest cienki, ale wystarczy, by zatrzymać strzały wtórniaków. Czwarta funkcja to funkcja transportowa. Na pasie macie osiem kieszeni mniejszych i dwie większe oraz czternaście pętli. Wyglądają skromnie, ale wytrzymują duże obciążenia - Dressler przerwał na chwilę i powiódł wzrokiem po twarzach żołnierzy.

- Uwaga. Teraz zakładam. Patrzeć uważnie - Dressler zaczął mówić wolno jakby tłumaczył coś mało bystremu dziecku. - Najpierw nogi… ułożyć dobrze na udach… potem zapinam pas… i układam pasy na klatce… dociskam na piersi i brzuchu… wszystko ciasno, ale nie za ciasno... ciasno…, ale nie za ciasno… No! Pobędziecie w tym kilka dni to zobaczycie, o co chodzi. Zdejmę i założę jeszcze raz, a potem wy.

Anna uważnie obserwowała ruchy Dresslera. Potem, kiedy Niemiec dał komendę, założyła uprząż bez trudności. Zrobiła to najszybciej i przez kilkanaście następnych sekund patrzyła jak radzą sobie inni. Najwięcej problemów mieli Olgierd Rot i Johan Molle, bo łatwiej było ściągnąć pasy, niż je poluźnić. Dressler obserwował ich w milczeniu, a potem sprawdził ułożenie uprzęży na wszystkich i poprawił kilka detali.

- Z was są geniusze – mruknął z kwaśnym uśmiechem. Był chyba nieco zawiedziony. - Każdy umie się ubrać - wydął usta, ale zaraz na jego obrośniętą rudą szczeciną twarz powrócił dawny złośliwy grymas. - No to teraz kabura – klepnął ją prawą ręką. - Tutaj nie ma czego pokazywać. Mamy tylko dla praworęcznych, więc montujemy na prawym udzie. Ktoś jest leworęczny?

Nikt się nie odezwał.

- To dobrze. Nie lubię leworęcznych, bo robią wszystko na odwrót. To jakaś głupota. Dobra. Bierzemy kaburę o tak. W obie dłonie. Otaczamy udo. Zamykamy klamry. Łączymy z pasem uprzęży. Gotowe. Nie będę robił z was idiotów i dwa razy pokazywał. Teraz wy.

Anna założyła kaburę na udo. Czynność była tak prosta, że wszyscy zrobili to niemal tak szybko jak kapral. Dressler sprawdził je potem u wszystkich tak jak uprzęże. Nie miał uwag. Annie wydawało się, że znowu był tym zawiedziony.

- Teraz czas na najważniejsze - podniósł karabinek ze stolika na stanowisku strzeleckim i wyciągnął go w ich stronę. - Radon wz. 48. Wersja bezkolbowa. To głównie nosi zwiad i będziecie nosić i wy. Broń dobra, niezawodna i lekka. Nasi zrobili wam wersję w dużej części z grafiksu, co zredukowało wagę do niecałych dwóch kilogramów. Dlatego wersja 48. Nowiusieńka. Najnowsza. Dwa kilogramy razem z granatnikiem, półtora bez granatnika. Kaliber 5,56 tutaj nic się nie zmieniło. Macie dwa rodzaje pocisków, amudege i przeciwpancerne. Niebieskie i czerwone, bo po czubku ścierwiska przecież nie poznacie. Na karabinku jest celownik kolimatorowy. W razie awarii można podnieść standardowe przyrządy celownicze. Prócz tego ekranowana latarka na szynie bocznej. Pod lufą granatnik otwierany na lewą stronę. Pobrać broń. Nie bać się. W magazynku i komorze nie ma pocisków. Pobawcie się nią chwilę – Dressler spojrzał na zegarek. – Macie na to pięć minut.

Karabinek nie wydawał się Annie ciężki. Był jak dziecięca zabawka. Nacisnęła guzik i wypadł magazynek. Obok spustu dostrzegła również przełącznik rodzaju ognia. Spojrzała przez celownik. Zielony okrąg otaczał cel.

- Nie będę was uczył wierszyków o waszym karabinku – kontynuował Dressler, gdy wszyscy obejrzeli broń. - To dobre dla półgłówków w amerykańskiej armii. Ciekawe czy te wierszyki im pomogły, tam po drugiej stronie świata, czy też Pokale wybiły ich do nogi. Karabinek to karabinek. To nie jest wasze życie, ani wasz najlepszy przyjaciel. Karabinek bez was nie jest bezużyteczny, bo może go używać ktoś inny, a wy bez karabinka nadal jesteście bronią. Karabinek to kawał grafiksu i trochę żelastwa, który trzeba wyrzucić, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie zmienia to jednak faktu, że musicie się umieć nim posługiwać. Mam pół roku na to, by was nauczyć strzelać, ale już po miesiącu macie nie mieć sobie równych. Tak sobie, kurwa, postanowiłem. Dlaczego? A bo, kurwa, tak.

Anna uśmiechnęła się. Karabinowy wierszyk był obecny w dwóch powieściach, których wysłuchała. Była pewna, że o tym właśnie mówił Dressler.

- A teraz wpiąć karabinki w uchwyty piersiowe – wrzasnął kapral wytrącając Annę z zamyślenia. Hlaszke drgnął i wypuścił karabin. Anna nie była pewna czy się przestraszył czy też był to kolejny z jego wybryków. - Zobaczymy kto ma mózg, a kto nie ma! Macie dziesięć sekund, raz, dwa, trzy...

Anna przekręciła broń lufą w dół. Widziała już wiele razy żołnierzy zwiadu z karabinkami zawieszonymi na piersi i na plecach. Wpięła broń w uchwyt centralny na wysokości mostka, a potem zapięła na kolbie karabińczyk wiszący na lince w okolicy pachy.

- Cztery, pięć, sześć... - liczył Dressler przyglądając się ich pospiesznej krzątaninie z pogardliwym uśmiechem. Anna dostosowała długość pasków, żeby broń trzymała się sztywno i popatrzyła na innych. Olgierd Rot wpiął karabinek w uchwyt centralny, Johan Molle męczył się z karabińczykiem, a reszta rozglądała się tylko bezradnie nie widząc od czego zacząć.  

- Siedem, osiem, dziewięć i dziesięć - skończył odliczanie Dressler. - Stać ścierwiska! No właśnie. Ścierwa. Teraz wszystko widać.

Przeszedł się wzdłuż szeregu. Jego twarz wykrzywiała się stopniowo jakby odkrywał coraz bardziej cuchnące warstwy wyjątkowo repulsywnej poczwary. W końcu zatrzymał się przed Anną, założył ręce na plecach i zaczął wrzeszczeć tak głośno, że żołnierze na sąsiednich stanowiskach strzeleckich obracali ze zdziwieniem głowy w ich stronę.

- Tak jak myślałem ścierwa – w uszach Anny zaczęło dzwonić już po tym pierwszym zdaniu. - Tylko dwoje z was wpięło karabinek i do tego źle. Źle rozumiecie. Źle, źle, źle! Szeregowa Jastrzębska, szeregowy Rot. Zrobiliście to źle! Brak zmysłu obserwacji dyskwalifikuje was jako żołnierzy zwiadu. Trzeba widzieć i zapamiętywać wszystko. Wy nawet nie zapamiętaliście jak się u nas nosi broń, chociaż do tej pory widzieliście to dziesiątki, jak nie setki razy! Mało tego! Ja miałem przed dziesięcioma minutami wpięty karabinek i gdzie wy się wtedy gapiliście ścierwa? Patrzyliście, a nie widzieliście. Żołnierz zwiadu ma widzieć, a nie tylko patrzeć! Wasze mózgi są w puszkach mózgowych, ale w stanie daleko posuniętego rozkładu. Żrą was tam robaki, jakieś larwy moszczą sobie gniazda, albo już dawno wam je przepalił modułowy bimber. Ale dla was jest nadzieja Jastrzębska i Rot! Wasze mózgi nadal działają! Działają żałośnie źle, śmiesznie powoli, ale działają. A reszta?

Dressler oderwał oczy o twarzy Anny i stanął przed szeregową Kasjańską. Usta wykrzywiły mu się w taki sposób, jakby miał za chwilę zwymiotować.

- Reszta to bezmózgie, ślepe worki trawienno-wydalnicze! Tak! Wy umiecie tylko żreć i srać. To wam wychodzi dobrze, bo do tego nie trzeba mózgu! Mózgu! I ja mam z takiego czegoś ulepić żołnierza? Dają mi wiadro z latryny z garścią czarnych, brudnych kłaków i chcą, żeby z takiego czegoś zrobić żołnierza. Ale wy też się dzielicie, bo każdy zbiór ścierwa da się podzielić na podzbiory ścierwisk, aż do ostatniego zasranego ścierwola. Szeregowa Kasjańska i Molle coś tam jeszcze instynktem zwierzęcym, jakimiś fantomowymi myślami próbowali zrobić. Widziałem ich żałosne próby. Widziałem wysiłek na tych obrażających rasę ludzką tępych twarzach. Ale trzeba oddać im honor próbowali nawet bez mózgu! I to są perły w garncu kału. Ale Hlaszke i Sznurowski. Hlaszke i Sznurowski! – Dressler zrobił krok w ich stronę i zbliżył twarz do twarzy Hlaszki, na której malowało się bezgraniczne przerażenie. Anna była jednak pewna, że to nie przerażenie czuł Hlaszke w tamtej chwili. Znała go na tyle dobrze, że wiedziała, że to maska, teatralna poza. Po tylu misjach, jako mrówa-weteran, umiał na pewno posługiwać się bronią.

- Hlaszke i Sznurowski to najgorsze ścierwa, które miałem nieszczęście widzieć! Obawiam się, że te ścierwa, nie dość, że nie mają mózgu i są ślepe, to są także głuche i nieme. Są jak glisty stworzone tylko do tego, by wwiercać się w gówno i żyć w odbytnicy. Nie potrafią powtórzyć paru prostych ruchów. Nie wiem co Junker w was zobaczył, ale modlę się żeby nie powierzył wam czegoś ważniejszego od noszenia gejowskiego porno, bo w jakimkolwiek innym przypadku czeka was klęska - Dressler wrzeszczał długo i zabrakło mu w końcu powietrza w płucach. Przerwał na kilka oddechów.

- Jeszcze raz ścierwa wam pokazuję jak wpiąć karabin na pozycję piersiową - powiedział już ciszej. – Do tego służy zamek o tu, to okrągłe gdzie zbiegają się pasy uprzęży. - Położył dłonie na trzewiku i granatniku karabinka i powolnym ruchem wpiął go w uprząż tam gdzie krzyżowały się trzy usztywnione pasy. Rozległo się kliknięcie.

- Widzą? Widzą? Broń ma być ułożona trzewikiem do góry w stronę ramienia, o które będziecie ją opierać, żeby oddać strzał – wytłumaczył obracając się w prawo i lewo by każdy z żołnierzy mógł się dokładnie przyjrzeć. - Wszystko ma swoją przyczynę ścierwa. Aby dobrze wpiąć należy obrócić w odpowiednią pozycję zamek. Jest obrotowy - Dressler zakręcił karabinkiem i złapał go tak by trzewik znowu wskazywał na ramię. - Trzewik na godzinę jedenastą, widzicie?

- Potem linkę z ramienia zapinamy na trzewiku i dociskamy tak, by broń nie odstawała, ale ścierwa, ścierwole pamiętać, by zostawić luz. Ile? Tyle by móc unieść karabinek do strzału i ani milimetra więcej. Uchwyt piersiowy jest po to, by z pozycji marszowej szybko oddać strzał i po to, żebyście nie zgubili broni, gdy trzeba będzie uciekać i się wspinać. Patrzeć teraz ścierwole - Dressler zrobił krok do tyłu, rozłożył ręce szeroko na boki, a potem nagle chwycił karabinek jednocześnie obiema dłońmi. Jedną położył na chwycie pistoletowym, a drugą na granatniku, wyciągnął z uchwytu piersiowego i płynnym ruchem ułożył w pozycji strzeleckiej opierając trzewik o ramię. Nacisnął spust i rozległo się metaliczne stuknięcie zwolnionej ze sprężyny iglicy. Opuścił karabin i wpiął go w zamek na piersi. Oba ruchy zajęły mniej niż dwie sekundy.

- W momencie wpięcia w zamek karabin się blokuje - tłumaczył dalej Dressler. - Dzieje się tak dlatego, że żołnierz podczas walki i ucieczki często przewraca się, uderza o przeszkody. Karabinek mógłby się wtedy wypiąć, spowolnić was lub unieruchomić, co często oznacza śmierć. Dobra. Uwaga ścierwa! Tłumaczę! Aby wypiąć karabinek trzeba nacisnąć jednocześnie dwa guziki na zamku. Robię to ręką, która opiera się o chwyt pistoletowy – powtórzył czynność wypinania wolno i obracając się do każdego żeby mógł dokładnie obejrzeć jego ruchy. - Będziecie ćwiczyć to tak często aż się nauczycie, ale nie tutaj – krzyknął. – Będziecie ćwiczyć w norze. Jutro sprawdzę. A teraz uważać, bo pokazuję jak przerzucamy karabin na plecy. Ten ruch jest trudniejszy i wymaga dobrego balansu ciała. Nie wiem jak takie ścierwole się tego nauczycie, ale się w końcu nauczycie. Przysięgam, że się nauczycie.

Dressler wypiął karabinek z zamka na piersi i poruszył tułowiem w taki sposób, że broń ominęła łukiem jego prawe ramię i znalazła się za plecami. Tam chwycił lufę lewą dłonią i wpiął w zamek zamontowany przy pasie.

- Taka sama zasada i podobny zamek tyle, że umieszczony niżej. Żeby na nowo wypiąć karabin trzeba nacisnąć guziki - Dressler odwrócił się do nich tyłem żeby lepiej widzieli. Wypiął broń, nadał jej pęd poprzez ruch tułowiem i przechwycił, gdy znalazła się przed nim. Wpiął na nowo w zamek na piersi.

– Uchwyt na plecach jest potrzebny, gdy potrzebujemy elastyczności korpusu, na przykład podczas wspinaczki - kontynuował. - Wątpię czy takim ścierwolom jak wy się przyda, bo wy pewnie będziecie nosić tylko gejowskie porno. Dobra. Wystarczy o uchwytach. Poćwiczycie i się nauczycie. Teraz porozmawiamy o czymś naprawdę ważnym. Karabinek to dobra rzecz, ale dowiecie się na zajęciach z taktyki, że nie można go używać wszędzie, a w zasadzie mógłbym powiedzieć, że można go używać w ściśle określonych i rzadko występujących warunkach. Z tym cudeńkiem jest inaczej – Dressler wyjął z kabury na udzie broń przypominającą rewolwer.

- To jest rewolwer kinetyczny – powiedział podnosząc broń do twarzy i patrząc na nią z uwielbieniem. - Możecie go używać nawet pod gołym niebem, ponieważ pocisk nie jest wyrzucany poprzez eksplozję gazów prochowych, ale dzięki sile sprężystości. To jedyny i sprawdzony sposób, którego nie wykrywają Pokale. Rewolwery kinetyczne docelowo zastąpią kusze, ale dopiero w przyszłości. Na razie są wyrabiane ręcznie i jest ich niewiele. Trwa praca nad automatyzacją produkcji nabojów, ale to jeszcze trochę pewnie potrwa. Kusze są nadal bronią podstawową w zwiadzie, ale bronią o ograniczonej przydatności. Tam na zewnątrz nic, co zabija, nie chodzi w pojedynkę, a kusze w praktyce mogły być wykorzystane tylko do jednego strzału. Potem trzeba załadować. Ale jednocześnie trzeba, kurwa, uciekać. Wszystko, co tam się porusza jest szybkie i nie ma czasu, by ponownie naciągnąć cięciwę. Bębny w rewolwerach kinetycznych zawierają po osiem nabojów i wyprzęga się je tylko nieco dłużej niż magazynki. To daje nowe możliwości, ale o tym na pewno wam powiedzą na taktyce. Ja was tutaj uczę tylko z tego strzelać.

Dressler przełamał broń i wyjął z bębna czerwono-czarny walec o długości karabinowego naboju. Uniósł walec na wysokość twarzy i przeszedł się z nim wzdłuż szeregu. Anna zauważyła, że cześć czerwona i czarna są identycznej długości. Hlaszke westchnął z uwielbieniem jakby zobaczył jeden z siedmiu cudów świata.

- Nawet nie wiecie ścierwole, że to dla nas rewolucja. Nie wiecie jak to jest biegać tam na górze od meliny do meliny jak szczury. Dzięki temu caceńku może być inaczej – Dressler zbliżył się do Anny i kazał wyciągnąć jej dłoń. Gdy położył na niej nabój poczuła, że jest bardzo lekki. Nie był też zimny w dotyku jak metal.

- Trzymać czerwonym do góry albo w stronę tarczy, bo może dupę urwać.

Kapral Dressler wyjął z bębna po jednym naboju i podał każdemu z żołnierzy. Na końcu wyjął jeden dla siebie i uniósł na wysokość oczu.

- Nie musicie znać zasady działania naboju, by skutecznie posługiwać się tą bronią, ale ja lubię o tym opowiadać, więc słuchać ścierwa. To też po to, żeby żaden nie wkładał sobie tego do buzi ani w dupę. Czasami zdarzają się jeszcze wadliwe. To, co macie w ręku to nabój scalony, tak jak ten o ładunku prochowym. Widzicie tą czerwoną końcówkę? - Dotknął palcem górnej podstawy walca. Ta czerwona płytka powstrzymuje napór piankowego słupka, który to z kolei przytrzymuje ołowianą kulę, która z kolei jest wypychana przez grafleks. Grafleks to pochodna grafenu jak grafiks używany w naszych płytkach pancernych albo grafel. Grafleks charakteryzuje się bardzo wysoką sprężystością. Energia kinetyczna wytwarzana przez grafleksową gąbkę w tym pocisku jest tylko trochę mniejsza niż eksplozja ładunku prochowego. Mogłaby być silniejsza, ale nie przekładałoby się to na większą skuteczność broni. Chwyćcie teraz nabój w połowie, o tak - pokazał - ale skierujcie czerwonym w stronę tarczy.

Anna złapała walec kciukiem i palcem wskazującym. Poczuła, że środek ciężkości walca jest blisko czarnej podstawy.

- Ołowiana kula znajduje się po czarnej stronie – tłumaczył Dressler. - Kula musi być ciężka. Rewolwer kinetyczny służy do skutecznego rażenia celów na odległość pięćdziesięciu metrów. W praktyce to i tak za dużo. Większość walk ma miejsce w lesie gdzie wystarczy około dziesięciu, piętnastu metrów. Ołów ma niską przebijalność, ale nasze cele bardzo rzadko są opancerzone. Pocisk ma za to duże właściwości stopujące, gdyż w tkance miękkiej rozpada się na kawałki. To jest dla nas ważne. - Dressler przerzucił nabój w powietrzu i złapał go drugą dłonią. - Zastanawia was pewnie jak ta kula wydostaje się stąd – postukał palcem wskazującym w pomalowaną na czerwono część pocisku. - Ta płytka na górze jest mocna jak skurwysyn, ale ma jednocześnie bardzo regularną budowę. Coś jak kryształ. Znowu pochodna grafiksu. Uderzona odpowiednio mocno pierścieniową iglicą rozpada się na drobne kawałki, a eksplozywnie rozprężający się grafleks nadaje pęd ołowianej kuli. Odłamki z grafiksowej płytki, wielkości ziaren iłu, zostają wypchnięte przez piankowy słupek z grafleksu, który umieszczony jest przed kulą. Grafleks rozpręża się jedynie do długości łuski, więc zostaje w środku.

Dressler wyciągnął rewolwer z kabury na udzie, przełamał go, włożył nabój do bębna, zatrzasnął broń z powrotem i podszedł do kulochwytu zlokalizowanego za ostatnim stanowiskiem strzeleckim. Była to wybita w ścianie dziura wypełniona piaskiem.

- Podejść bliżej - rozkazał.

Podeszli. Anna czuła nad uchem ciepły oddech Johana Molle. Kapral Dressler wycelował w środek kulochwytu i strzelił. Rozległ się dźwięk rozgniatanego obcasem szkła, z lufy trysnęła chmura błyszczącego w świetle pyłu. Ołowiana kula uderzyła w piach. Dressler nachylił się nad kulochwytem i po chwili wyciągnął dłoń, na której spoczywał spłaszczony kawałek ołowiu i szary walec szerokości łuski.

- To są elementy naboju. To szare to słupek, który przytrzymuje kulę blisko grafleksu. Taki jednorazowy wyciorek. Dla was ważne jest jednak to, że zdarza się, że nie wszystkie drobiny płytki zostają wypchnięte przez lufę. Czasami jakaś część zostaje w szparze między bębnem, a lufą, co może uniemożliwić jego obrót. Wtedy należy przełamać broń, dmuchnąć i przetrzeć ją palcami. To dzieje się rzadko, ale musicie to wiedzieć ścierwole - Dressler zebrał naboje od żołnierzy, włożył ją do bębna i go zamknął. Włożył rewolwer do kabury i znowu kazał ustawić się im w szeregu, każdy przed swoim stanowiskiem strzeleckim. 

- Pobrać kinetyki, na pozycje strzeleckie i broń na stolik lufą w kierunku tarczy - krzyknął. - Ruszać się ścierwole, ruszać!

"Rewolwer kinetyczny był ciężki, o wiele cięższy niż Anna się spodziewała. Odłożyła go na stolik i stanęła przed czarną linią wymalowaną na betonowej podłodze.

- Dzisiaj walimy na sucho – krzyknął Dressler, gdy każdy stał już na swoim miejscu i odłożył broń we wskazany sposób. – Nie będziecie marnować amunicji. W bębnie jest osiem pustych łusek. Na razie musicie przyzwyczaić się do tej broni - Dressler spacerował wolno za ich plecami obserwując ruchy żołnierzy. Anna wpatrywała się w tarczę majaczącą w tunelu przed nią.

- To wasza pierwsza randka z kinetykiem, więc nie będzie od razu strzelania, bo byście stracili dla niego szacunek. To jest szkoła miłości kaprala Karla Dresslera, a w mojej szkole miłości wszystko ma swój odpowiedni czas i miejsce. W miłości ważne jest napięcie. Naciśnięcie spustu i posłanie pocisku w kierunku celu to zwieńczenie związku, to konsumpcja waszej relacji. Musicie o tym wcześniej marzyć, musicie sobie to wyobrażać i to będziecie robić przez następne dwie godziny - głos Dresslera oddalał się i zbliżał, gdy krążył za plecami Anny. - Weźcie broń, skierujcie ją na cel i naciśnijcie spust.

Anna podniosła rewolwer kinetyczny ze stolika, wycelowała, położyła palec na języku spustowym i go nacisnęła. Rozległ się szczęk metalu, kiedy iglice uderzyły w nabój ćwiczebny. Bęben obrócił się. Ze stanowisk obok usłyszała podobne stuknięcia.

- Trzeba trochę siły, by nacisnąć spust – powiedział Dressler. – Niestety wszystko mechaniczne, a iglica musi uderzyć z odpowiednią siłą, by skruszyć płytkę. Dobra. Przyciągnąć tarczę na dziesięć metrów. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa! Ciągnąć ten sznur mocniej. Jak sznurek zmieni kolor na biały to macie wtedy dziesięć."



Pobierz powieść w wersji EPUB, PDF, MOBI lub czytaj on-line .

Dlaczego to robię?

Nie mam złudzeń. Z pisarstwa nie da się żyć, chyba że dostanę Nobla albo zostanę drugim Sapkowskim. Nie dostanę nobla, ani nie będę Sapkowskim więc z pisarstwa nie wyżyję. Problem w tym, że lubię pisać. Dla mnie nie liczą się jednak pieniądze, dla mnie liczy się to, że ktoś przeczytał to, co napisałem, że ktoś się przy tym dobrze bawił, że moi bohaterowie i mój świat ożyły w jego umyśle. Nie liczą się pieniądze, liczy się odzew czytelników. Twój odzew!

Liczę, że jeśli to czytasz to rozważasz zagłębienie się w świat Olbrzyma. Zrób to! Bądź otwarty. Co z tego, że nie ma mnie w księgarniach? Daj mi szansę… a potem bez względu co sądzisz oceń to co przeczytałeś! (nie musisz nic pisać, wystarczą trzy pytania Tak/Nie).

Bądź bezwględny, jeśli ci się nie podobało, nie patrz na to ,że dostałeś to za darmo, w końcu zabrałem ci godziny, które mogłeś spożytkować na coś lepszego! Jak ci się podobało też to oceń podług własnego sumienia. Każdy mail do mnie, pozytywny, negatywny, raczej krytyczny , czy raczej pochwalny jest dla mnie bodźcem do pracy.

Jeżeli masz pytanie to dostaniesz odpowiedź ( maili jest na tyle mało, że odpowiadam z radością na każdy ). Nie jestem jakimś wyegzaltowanym myślicielem, moje powieści i opowiadania mają być przede wszystkim rozrywką, ten świat, świat Olbrzyma, ma wam pozwolić zapomnieć o rzeczywistości. Nie jest to jednak jakieś bezmyślne kopiowanie cudzych pomysłów, uważny obserwator znajdzie tam parę uniwersalnych rzeczy ,ale zawsze przy okazji rozrywki, bez obawy!

Olbrzym to projekt na lata. Robię to jako hobby i w momencie pisania tych słów pracuję już nad budowaniem i scalaniem mechanizmów tego postapokaliptyczego świata już ponad pięć lat. Wbrew pozorom najwięcej zajęło mi zebranie wiedzy i pomysłów na ciekawe rozwiązania techniczne,społeczne oraz konstrukcję ciekawych i zróżnicowanych bohaterów niż samo pisanie.

Pracuję równocześnie nad trylogią Olbrzyma (pierwszą część możecie już ściągnąć), oddzielną powieścią Bandziak, Mrówczymi opowieściami (3 tomy opowiadań) oraz opowiadaniami o roboczej nazwie Maratucha. Mam ten komfort, że nikt mnie nie pogania, a mam normalną pracę, z której mogę się utrzymać i wyżywić rodzinę, więc mogę dobrze przemyśleć wszystko.

Podsumowując:

O Autorze

Bruno Siak to pseudonim. Mam normalną pracę w finansach, na której opiera się byt materialny mojej rodziny, a przez moje pisarskie hobby mógłbym być traktowany mniej poważnie. Z tego powodu nie ujawniam mojego prawdziwego imienia i nazwiska. Ale kogo to obchodzi, prawda? Ważne, żebym dostarczał dobrej rozrywki i był dostępny dla moich czytelników. Tak właśnie będzie.

Piszcie jak chcecie. Na wszystkie normalne, merytoryczne maile czytelników zawszę odpisuję, nawet jakby to miałyby być tylko zwykłe podziękowania za czas, który poświęciliście mojej powieści i opowiadaniom.

Aktualności

02.02.2020
Wprowadziłem Olbrzymopedię, w której niezaznajomiony czytelnik może zapoznać się z miejscami, wydarzeniami,przedmiotami oraz istotami występującymi w opowiadaniach i powieściach. Ostrzegam jednak, że niektóre z haseł mogą nieco spojlerować powieść. Jeżeli jednak rozpoczynacie czytanie od Mrówczych Opowieści to warto przeczytać kilka pierwszych haseł.

25.01.2020
Poprawiłem drobne błędy natury redakcyjnej w Olbrzymie więc mogę uznać, że moja powieść doczekała się już drugiego wydania:) Następni czytelnicy nie będą już mogli narzekać na literówki:) Myślę, że będę taki zabieg wykonywał o rok, bo zawsze coś można polepszyć:)

autor@olbrzym.com.pl